czwartek, 18 grudnia 2008

Słuchać, by usłyszeć

W poniedziałek byłam w Warszawie na koncercie „Sinfonii Varsovii” i Marca Minkowskiego. Postanowiłam przed tym koncertem obchodzić się oszczędnie z muzyką i jakieś trzy dni wcześniej „odstawiłam konserwy” – nie słuchałam żadnych nagrań (no może z wyjątkiem kilku drobnych fragmentów Mszy h-moll w interpretacji rzeczonego). Mija trzeci dzień od koncertu, a ja nadal nie mam ochoty na włączenie czegokolwiek. Cały czas we mnie trwa ”La Danse des morts” („Taniec umarłych”) Oliviera Greifa. Jakiś taki pogłos, echo, czy może coś jeszcze innego. I ogólne wrażenie muzycznego bogactwa, którego miałam okazję doświadczyć.
Po raz kolejny, tym razem wyjątkowo dogłębny przekonuję się, że nie ma to jak muzyka na żywo (a już w TAKIM wykonaniu!). I mam prawie-noworoczne postanowienie – nie słuchać muzyki w tle ani powierzchownie (zdarzało mi się rzadko, teraz decyduję, że świadomie będę tego unikać). Prawie-noworoczne, bo już wprowadzone w życie*. Do zrealizowania pewnie tylko w domu, w miejscach publicznych przecież nie mam wyboru. Chcę słuchać muzyki tylko wtedy, gdy mogę jej poświęcić całą uwagę, czyli naprawdę ją usłyszeć.

*Uznaję postanowienia wcielane natychmiast w życie. Z innymi miałam raczej złe doświadczenia i nie dowierzam ich skuteczności. A już te noworoczne...

Coś mi się zdaje, że się przeprowadzę :-) Zapraszam pod http://zachwyty.wordpress.com/

wtorek, 2 grudnia 2008

Cuchnąca aria

„Sposób, w jaki Händel traktuje swojego mitycznego Waligórę nie grzeszy rewerencją: pokaźny on jest, muskularny i piękny, ale niezbyt rozgarnięty. Od stóp do głów wyciosany z jednego kawałka C-dur, co czyni zeń niewinną, nieprawdopodobną ofiarę. Jego aria w scenie z Dejanirą nie zostawia mu żadnych szans, skoro Händel posłał mu w sukurs, zamiast dumnej trąbki, parę niepoważnych obojów. U Sofoklesa jest zdrajcą; tutaj ginie bez grzechu, nade wszystko zaś bez pojęcia. Przedtem jednak oberwie od żony po pysku najjadowidszą, żrącą i cuchnącą arią, jaką zostawił nam barok, gdzie Händel smaga kropkowanym rytmem i kłuje ozdobnikami. Piękna twarz Dejaniry / Penelopy skrzywiła się w maskę wiedźmy.”
Piotr Kamiński: „1001 opera”, Kraków 2008, tom 1, s. 611.

Waligura czyli Herkules. W konfrontacji ze swoją żoną Dejanirą rzeczywiście wypada bladziutko. Nie bardzo rozumie, o co jej chodzi i próbuje się jakoś tak nieudolnie tłumaczyć. Bardzo źle na tym wychodzi. Żona niby wierna niczym ta Penelopa, ale za to szaleńczo zazdrosna. O młodszą i ładniejszą Iole. No i buch cuchnącą arią w Bogu ducha winnego Herkulesa: