środa, 10 września 2008

Sztuka słuchania

„Słuchanie jest sztuką, którą niełatwo posiąść, ale zawiera w sobie piękno i wielkie zrozumienie. Słuchamy różnymi poziomami naszego jestestwa, jednak zawsze według z góry wyrobionego zdania lub z określonego punktu widzenia. Nie słuchamy tak po prostu – zawsze pojawia się zasłona z naszych własnych myśli, wniosków i uprzedzeń... Słuchaniu musi towarzyszyć wewnętrzny spokój, uwolnienie od ciężaru tego, co się do tej pory osiągnęło, i spokojna uwaga. W tym stanie, zarazem czujnym i pasywnym, można słyszeć to, co wykracza poza słowne stwierdzenia. Słowa wprowadzają zamieszanie – są jedynie zewnętrznymi oznakami procesu komunikowania się. Jednak by nawiązać kontakt poza zgiełkiem słów, słuchaniu musi towarzyszyć czujna bierność. Ci, którzy kochają, potrafią słuchać, lecz takiego słuchacza udaje się znaleźć niezwykle rzadko. Większość z nas goni za rezultatami, osiąga cele – zawsze coś przezwyciężamy, zdobywamy, zatem nie ma mowy o słuchaniu. Tylko słuchając, słyszy się pieśń słów.”
Jiddu Krishnamurti

Do usłyszenia!

wtorek, 2 września 2008

Pieśń Naszych Korzeni 2008, cz. II

W środę ok. 22.30 rozpoczął się koncert wrocławskiego zespołu „Ars Cantus” z muzyką Piotra z Grudziądza, do którego przyznają się Polacy, Niemcy i Czesi. Było to muzykowanie na dobrym europejskim poziomie, ale w letniej (przynajmniej w pierwszej części koncertu) temperaturze emocjonalnej. Zresztą po włoskim wrzeniu każda temperatura musiała wydać się niewystarczająca. Na szczęście pod koniec koncertu „słupek rtęci” poszedł mocno w górę, szczególnie po prezentacji zgrabnego przekładu przewrotnego tekstu motetu na cześć Andrzeja Rittera (każdy wers zaczyna się jak pochwała, druga część wersu tę pochwałę modyfikuje tak, że wychodzi z tego wątpliwy komplement). Wyraźna reakcja ze strony publiczności pociągnęła za sobą wzrost ekspresji wykonawców, szczególnie sopranistka Monika Wieczorkowska okazała się śpiewaczką porywającą.

W czwartek odbyła się parada gotyckich instrumentów klawiszowych (clavisimbalum, organy gotyckie, organetto), niezwykle udane zderzenie południowych temperamentów (hiszpański zespół Tasto Solo pod kierownictwem Guillermo Péreza) z chłodną piętnastowieczną niemiecką szkołą instrumentów klawiszowych (Konrad Paumann znany jako Meyster ob allen Meystern). To muzyka, która w moim odczuciu rozgrywa się poza emocjami, w przestrzeni absolutnego spokoju i harmonii. Dotknięcie tej przestrzeni miało działanie kojące. Po koncercie z bliska przyglądaliśmy się instrumentom, które w większości widzieliśmy (i słyszeliśmy) po raz pierwszy w życiu.

I tak zbyt szybko i bez ostrzeżenia nadszedł piątek i przyniósł ze sobą dwa wydarzenia. Pierwsze z nich miało miejsce na Rynku. Z programem „Ballet des Nations” wystąpił międzynarodowy zespół muzyków i tancerzy. W tym wieczorze zauroczyło mnie wszystko: skromna acz gustowna scenografia, w którą doskonale wpisała się ściana jarosławskiego ratusza, świetna orkiestra (połączone zespoły Collegium Marianum z Czech i Solamente Naturali ze Słowacji) i nie ustępujący jej świetnością ani o włos zespół tancerzy (Cracovia Danza, Kraków). Za taką orkiestrą barokową tęskni się po nocach: plastyczność, fantazja, sprawność, polot, wszystko czego trzeba, by stworzyć optymalne warunki dla barokowych tańców dworskich. „Projekt wskrzesza suity orkiestrowe a la francaise środkowoeuropejskich kompozytorów, którzy w swojej twórczości łączyli z innymi europejskimi stylami francuski styl Lully’ego.” (cytat z programu). Słychać było (i widać) elementy tańców różnych narodów Europy Środkowej.
W drugim z piątkowych koncertów, tym razem w kameralnym kościele św. Mikołaja, wystąpili muzycy z Iranu – śpiewak Bahram Sarang ze znanym nam już z ubiegłego roku zespołem Chakad. Zabrzmiały klasyczne pieśni perskie. „Przez trzynaście stuleci perska muzyka artystyczna nie była muzyką koncertową. (...) Wykonywana przez niewielką grupę solistów jest bardzo medytacyjna. Nawet same instrumenty posiadają delikatne brzmienie. Typową dla klasycznej muzyki perskiej przestrzenią jest domowe wnętrze lub ogród, w którym muzycy otoczeni są niewielką grupą przyjaciół.” (cytat z programu festiwalowego) Właśnie tak było: medytacyjnie, eterycznie i kameralnie. A po koncercie, kiedy poszłam pogratulować wykonawcom, zaskoczyli mnie podziękowaniami za skupienie.

Sobota upłynęła pod znakiem podsumowań – po południu odbyła się ostatnia sesja „Sacred Harp” z publiczną prezentacją kilku hymnów i fragmentu filmu a wieczorem koncert zamykający festiwal, w którym wystąpili: Festiwalowa Orkiestra Barokowa, Chór Festiwalowy (w którym uczestniczyłam) i soliści. Zabrzmiały dwa Concerti grossi Arcangelo Corellego i „Missa Dolorosa” Antonia Caldary. Dyrygował Jan Tomasz Adamus. I już zupełnie na koniec, w niedzielę rano u Dominikanów Missa Gregoriana ze świetnymi kantorami (Marcin Bornus-Szczyciński i Robert Pożarski) i znów refleksja, że muzyka mówi więcej, lepiej i głębiej niż wszystkie słowa razem wzięte.
Potem trzeba było się pożegnać, jak zwykle o wiele za wcześnie. Na szczęście tylko na rok!

środa, 27 sierpnia 2008

Pieśń Naszych Korzeni 2008 cz. I

Tegoroczny Festiwal „Pieśń Naszych Korzeni” w Jarosławiu, żywy, zaskakujący i udany, obok silnego jak zwykle nurtu tradycyjnego przyniósł również zjawiska niejednoznaczne i nieoczywiste, stanowiące melanż tradycji i indywidualnych działań twórczych. Już pierwszego wieczoru wystąpił z programem „Tradycyjna muzyka Krety. Orientalne inspiracje” Ross Daly, Irlandczyk urodzony w Anglii, który od dziecka podróżował z rodziną po całym świecie. Podróż definiuje go po dziś dzień, i to nie tylko podróż w przestrzeni, ale i zgłębianie najróżniejszych tradycji muzycznych u lokalnych mistrzów (swoją przygodę z muzyką tradycyjną zaczął bodaj od klasycznej muzyki indyjskiej). Muzyczną ojczyznę Ross odnalazł na Krecie, gdzie osiadł na kilka lat i uczył się gry na lirze kreteńskiej u mistrza tego instrumentu. Dzisiaj Grecy bardzo cenią go jako specjalistę od tradycyjnej muzyki Krety. A koncert? Jak dla mnie wrażenie ogromnej brzmieniowej obfitości, intensywne dzianie muzyczne, niewiarygodne wręcz frazowanie i zdolność budowania kulminacji (kiedy miałam wrażenie, że Ross Daly Quartet właśnie wzniósł się na wyżyny gęstego i intensywnego grania, intensywność i gęstość po chwili jeszcze wzrastały).

Drugi wieczór upłynął pod wrażeniem kolejnej postaci niesformatowanej – Amerykanina Tima Eriksena, który w sensie muzycznym i osobowościowym utkany jest z wielu wątków. Tim zaczynał w zespołach punkowych, studiował klasyczną muzykę indyjską, koncertował w Carnegie Hall i klubie Blue Note w Nowym Jorku. Jest pieśniarzem, kompozytorem, poetą, multiinstrumentalistą. Jak mało kto zna się na tradycyjnej muzyce Nowej Anglii i Appalachów. Na koncercie zabrzmiały „starodawne ballady o rodowodzie europejskim, hymny protestanckie, ekstatyczne pieśni śpiewane na zgromadzeniach religijnych pod gołym niebem, ballady o morderstwie, piosenki miłosne, pieśni z okresu wojny secesyjnej, piosenki marynarzy i wielorybników, melodie ludowe na banjo i skrzypce – a także utwory autorskie inspirowane przyrodą i historią Nowej Anglii.” (cytat z programu festiwalowego). Tim śpiewał z towarzyszeniem banjo, skrzypiec i gitary a także a cappella. Wspaniały głos, archaiczna technika śpiewu i ornamentyka a przede wszystkim ujmująca prostota i szczerość wykonania. Koncert trwał chyba ponad dwie godziny, siedziałam w pierwszym rzędzie i miałam wrażenie bliskiego spotkania z człowiekiem, który „rozmawia do słuchacza” za pomocą muzyki płynącej prosto z serca, pozbawionej jakiejkolwiek sztuczności. Tim zresztą był jedną z postaci, wokół których kręcił się cały festiwal, ponieważ prowadził warsztaty tradycyjnych protestanckich amerykańskich śpiewów czterogłosowych „Sacred Harp”, które pozwoliły uczestnikom wznieść się na wyżyny ekspresji, zanurzyć we wspólnocie i zrzucić ograniczające wyobrażenia o niedoskonałości własnego śpiewu (jedyna obowiązująca zasada to głośno i z serca).

I tak niepostrzeżenie nadszedł wtorek a wraz z nim koncert Kapeli Brodów z polskimi pieśniami maryjnymi (odbył się w cerkwi grecko-katolickiej). Większość wykonywanych pieśni pochodziła z XVII do XIX wieku (materiał muzyczny z Archiwum Muzycznego Folkloru Religijnego KUL, częściowo zebrany też w terenie). Kapela wystąpiła w składzie: Anna Broda, Witold Broda, Adam Strug, Maciej Kaziński. Wykonaniu towarzyszyło ludowe instrumentarium: lira korbowa, fidel, skrzypce, suka, basy, cymbały, bęben. Trudno byłoby napisać, co i dlaczego się podobało. Zgromadzeni wokół tych pieśni, zanurzyliśmy się w grupowym skupieniu. Było to dla mnie jedno z głębszych przeżyć podczas tego festiwalu, całościowe, nie poddające się ocenie estetycznej. Następnego dnia podczas seminarium z udziałem Kapeli Brodów zaśpiewaliśmy wszyscy.

We środę miało miejsce wydarzenie, dla którego samego warto byłoby jechać przez całą Polskę do Jarosławia. Po raz pierwszy w swojej kilkusetletniej tradycji poza rodzinną miejscowością wystąpiło Arcybractwo Najświętszego Krzyża z Sessa Aurunca we Włoszech. Wymagało to szeregu zabiegów organizacyjnych na poziomie władz kościelnych różnych szczebli. Zaprezentowali tradycyjne śpiewy liturgiczne na Wielki Tydzień. Słychać, że ta muzyka ewoluowała w ciągu stuleci, przyswajając coraz to nowe tradycje. Polifonia ludowa z XV wieku nakłada się tu z operowym śpiewem neapolitańskim (zresztą w świetnym wykonaniu najstarszego z braci). Był to śpiew bezkompromisowy, zawłaszczający, porywający gestem i oddaniem wykonawców. Nagrodzony długą owacją na stojąco, ukoronowany wyraźnym wzruszeniem braci i wyściskaniem każdego z nich po kolei przez dyrektora festiwalu. Doświadczenie, które żyje w człowieku jeszcze długo i sprawia, że chciałoby się pojechać tam i zobaczyć / usłyszeć wszystko w kontekście Wielkiego Tygodnia.
cdn.

wtorek, 12 sierpnia 2008

Z festiwalowym nurtem czyli Pieśń Naszych Korzeni

Nie ma to jak dobry festiwal muzyczny (najlepiej połączony z warsztatami). Człowiek dotrze na miejsce, przywitają go, zakwaterują i cisną z wdziękiem w nurt festiwalowego życia. I tak płynie sobie szczęśliwiec przez ponad tydzień. Wygramolić się z nurtu będzie musiał już o własnych siłach, ale o tym później.
Oto jak wygląda dzień bywalca festiwalu: Wstaje umiarkowanie wcześnie, oczęta jeszcze zaspane, umysł zasnuty (noc festiwalowa niesie z sobą wyzwania), ale na twarzy uśmiech zadowolenia. Przed nim dzień złożony z ulubionych zajęć. Najpierw śniadanie, najlepiej spożywane ostentacyjnie wolno z innymi bywalcami na tarasie restauracji. Niespieszna wymiana zdań, uśmiechanie się do słońca, smakowanie chwil. Trzeba nie lada czujności, żeby w porę wypowiedzieć ostatnie zdanie, wytrzeć usta serwetką i wyjść na spotkanie warsztatom. Na warsztatach uczestnik śpiewa pod kierunkiem wspaniałych prowadzących. Wspaniały Prowadzący to ktoś, kto kocha to, co śpiewa i co śpiewać mają uczestnicy. Przy takim Prowadzącym wszystko dzieje się samo. W okolicznościach pozafestiwalowych przed południem głos bywa zawodny, organizm leniwy, repertuar trudny. Tutaj za to na każdym kroku prześladuje człowieka dyspozycja wokalna, entuzjazm wykonawczy i permanentne zdziwienie, że coś może być takie proste. Z warsztatów (zawsze za krótkich) uczestnik biegnie jak na skrzydłach (przekąszając coś w locie) na spotkanie z Wykonawcą, którego występem było mu dane cieszyć się poprzedniego wieczoru. Wykonawca, wciąż jeszcze niesiony brzmiącym długo w noc aplauzem, pozwala zajrzeć uczestnikowi do swojej muzycznej kuchni, czasem uchyli nawet drzwiczki jakiejś szafki lub pokaże, co trzyma w lodówce. Z dużą dozą dobrej woli odpowiada na dociekliwe pytania. Odpowiada w języku czasem obcym uczestnikom, ale za to tłumaczonym na nasze przez wszechstronnych Organizatorów. Jakby jeszcze nie dość tego, na koniec spotkania Wykonawca zagra coś lub zaśpiewa ku obłędnej radości zgromadzonej i trochę już głodnej (nie tylko sztuki) publiczności. I tak oto docieramy do obiadu. Towarzyszy mu przeżuwanie wrażeń zebranych od rana. To musi trwać. Po obiedzie oprócz błogiego rozleniwienia (strawić trzeba nie tylko pożywienie, ale i przeżute dopiero co wrażenia) pojawia się niejasna chęć spożycia czegoś ze zwiększoną zawartością cukru i kofeiny. Nieco ociężałym krokiem uczestnik dociera do kawiarni i zalega w jej ogródku, życzliwie obserwując życie toczące się na deptaku. Spojrzenie na zegarek przypomina, że czas stawić czoło kolejnym przyjemnościom. Warsztatów odsłona druga. Czasem trzeba chwilę poczekać na kolejną eksplozję entuzjazmu (aż kofeina i cukier zaczną działać). Inny wspaniały prowadzący, inny repertuar, przeplatanie się głosów i wytrwałe szlifowanie formy na finałowy występ. Czas na kolację. Napięcie rośnie, coraz bliżej do wieczornego koncertu. Przed koncertem obowiązkowy rzut oka na rodzynki wyłowione z rynku fonograficznego, które można nabyć drogą kupna. Aż trudno się oprzeć, zresztą i po co. Teraz można już zasiąść w kościele w oczekiwaniu na koncert, wtopić się w skupioną jak nigdzie indziej publiczność i zapatrzyć w światło świec. Zapowiedź koncertu w wykonaniu Organizatorów pieści uszy brakiem nagłośnienia i klimatem. Uczestnik osuwa się w muzykę, która dzieje się na tyle intensywnie, że każe zapomnieć o istnieniu czegokolwiek poza nią. Wykonawcy i słuchacze są tu razem: Ich skupienie, zatopienie się w muzyce wzajemnie się warunkują i intensyfikują. Tak jest, kiedy brzmi muzyka szczera, szczerze wykonywana i szczerze odbierana. Bez słów, za to z otwartą duszą. Nagle wykonawca kłania się w sposób, który nie pozostawia wątpliwości, że to już koniec. Uczestnik gładko wchodzi w dobrze znaną mu rolę upominającego się o bis słuchacza. Upominać nie trzeba się długo, wykonawcy zwykle okazują hojność. Po koncercie spacer i wymiana rozgorączkowanych wrażeń. A później biesiada w noc pod gołym niebem, kolejny dowód na to, że ludzkość w każdej sytuacji może cieszyć się muzyką bez nagłośnienia i urządzeń odtwarzających. Muzyką żywą, nie z konserwy.
Po kilku tak spędzonych dniach trudno powrócić do rzeczywistości. Bezskutecznie szuka się podobnych przeżyć. Idzie człowiek krótko po powrocie z festiwalu na koncert, a tam rozproszona publiczność, sztuczne światło, wwiercająca się w mózg metalicznym brzękiem nagłośnienia moderacja. Muzykowanie nawet nie zbliża się do znanego z festiwalu stopnia skupienia. To boli. Ale i tak warto dać się ponieść festiwalowemu nurtowi zdarzeń. Nawet jeśli przy wdrapywaniu się z powrotem na brzeg można sobie uszkodzić kolana.

sobota, 2 sierpnia 2008

Czas zaklęty w kompakcie

Kiedy słuchałam wczoraj przejmującego nagrania „Orfeusza i Eurydyki” Christopha Willibalda Glucka, naszła mnie refleksja, że nauczyliśmy się konserwować chwile. Muzyka jest w sensie wykonawczym z natury swej ulotna i zrośnięta z upływem czasu. W trakcie świetnego koncertu czasem lekko ukłuje mnie świadomość, że zaraz koniec. W trakcie kiepskiego ta świadomość bywa kojąca. Widok zapisu nutowego (a konkretnie taktów) zawsze mi się kojarzył z upływem czasu. Ale te takty raz po raz ożywają (nawet jeśli od ich spisania minęło kilkaset lat) i „wydarzają się” na nowo za sprawą kolejnych wykonawców. A jak jest z nagraniem? Ożywa dla słuchacza na życzenie, na zawołanie. Nie muszę odczuwać żalu pod koniec trzeciego aktu „Orfeusza i Eurydyki”, za chwilę mogę przywołać całość od początku. Nagranie tego przedstawienia z czerwca 2004 roku to muzyczny byt zakonserwowany, godziny zaklęte w zapis cyfrowy. Nawet gdyby dziś zebrać identyczną obsadę, nie uzyskamy identycznego efektu. Słuchając tego nagrania, otrzymuję zatem bilet wstępu do przeszłości. To właściwie cud na wyciągnięcie ręki, podróż w czasie na żądanie.
Przypomniało mi się ćwiczenie, które Roger-Pol Droit proponuje w książce „101 zabaw filozoficznych. Doświadczanie codzienności”. Może ktoś będzie miał ochotę spróbować "unieruchomić ulotność”:
„Klawisz muśnięty przez Scotta Joplina w 1902 roku, ruch rzęs Louise Brooks z 1934 roku, but upadający na bruk Champs-Élysées w roku 1940, utrudniony wjazd pociągu na dworzec w Kalkucie jeszcze wczoraj... Żyjemy otoczeni miliardami pojmanych ulotnych chwil, gestów uchwyconych przez fotografię albo film, muzyki ukrytej w skrzynkach. Spróbuj się zastanowić nad tym, oglądając fotografie lub słuchając płyty. A kiedy sam rejestrujesz jakiś okruch teraźniejszości, powiedz sobie, że właśnie odzierasz czas z małego błysku życia. Pomyśl o tej dziwacznej klepsydrze, która powoduje, że pył godzin umyka w wieczność. Z chwili na chwilę to, co miało zniknąć na zawsze, staje się na zawsze dostępne, powtarzalne w nieskończoność. Chwile przemijające i ulotne ciągle się przesuwają do wieczności. Pomyśl, jaki będzie koniec. Konkluzja nie ma znaczenia.”

wtorek, 29 lipca 2008

"Zimą" w upał

Środek lata, upał, czas najwyższy na odrobinę ochłody. Nic tak nie chłodzi jak „Zima” z „Czerech pór roku” A. Vivaldiego w transkrypcji na chór, w dodatku w wersji filmowej. Zanim ją jednak zaserwuję, kilka słów o wykonawcach. W komentarzu do poprzedniego posta PAK napisał o odnajdywaniu „przyjaciół przez dźwięk, słowo, czy obraz”. Zaprzyjaźniłam się na dobre z Laurence Equilbey i jej paryskim chórem „Accentus” właśnie w ten sposób: przez dźwięk z płyt „Transcriptions 1 i 2”, złożonych z opracowań utworów instrumentalnych na chór, i przez obraz – film pod tym samym tytułem. Laurence Equilbey wyszła spod skrzydeł samego guru europejskiej chóralistyki, dziś już dziewięćdziesięcioletniego Erica Ericsona, u którego studiowała w Sztokholmie. Stworzony przez nią w 1991 roku „Accentus”, który za chwilę nas zmrozi „Zimą”, niedawno gościł w Warszawie.
Film „Transcriptions” (dwie części, po ok. 45 minut każda) w reżyserii Andy’ego Sommera robi na mnie wrażenie wydobytego z krainy snów i marzeń, kręconego zza mgły, chwilami tylko powracającego do rzeczywistości (krótkie sceny przygotowań do koncertu). Jest scena, są kulisy, jest nowoczesna architektura oswojona za pomocą światła. Posłuchajmy "Zimy", popatrzmy na zimę i cieszmy się nią:
Antonio Vivaldi „L’hiver”, opracowanie Franck Krawczyk
L'hiver 1
L'hiver 2
L'hiver 3

PS. A jeśli ktoś się rozsmakował w chóralistyce na filmowo, polecam również transkrypcje utworów Samuela Barbera i Maurice'a Ravela.

środa, 23 lipca 2008

Przyjaciel Mozarta

Eric-Emmanuel Schmitt, pisarz, urodzony w 1960 roku w Lyonie. Przyjaciel kompozytora, Wolfganga Amadeusza Mozarta, urodzonego w 1756 roku w Salzburgu. W połowie lat 70.  XX wieku kompozytor uratował (przyszłemu) pisarzowi życie. Pisarz miał wtedy około piętnastu lat i był bliski samobójstwa. Prześladowała go świadomość nieuchronnej śmierci. W pełnych życia twarzach kolegów widział trupie czaszki, zewsząd atakowały go objawy rozkładu. Pewnego dnia nauczyciel muzyki zaprowadził swoich najlepszych uczniów na próbę "Wesela Figara" do Opery Lyońskiej, wśród nich był pisarz. Pierwsze wrażenia: Mrok, kurz, ciężka atmosfera, nieporadność pulchnej i nieforemnej solistki, która miała wykonać zadanie aktorskie. Chwilę później: Doznanie mistyczne wywołane arią Hrabiny (gdy nieforemna solistka zaśpiewała i wypiękniała), dotknięcie czystego piękna, które zdjęło z pisarza pragnienie śmierci: "Chciałem żyć. Skoro w świecie coś tak drogocennego, pełnego i intensywnego, to życie nabierało dla mnie znaczenia".
Tak zaczęła się przyjaźń na całe życie, o której opowiada "Moje życie z Mozartem", lapidarna autobiografia pisarza, złożona z listów do W.A. Mozarta, utrzymanych w tonie intymnej rozmowy. W kluczowych momentach życia pisarzowi towarzyszy muzyka, która wyraża wszystkie oblicza emocjonalności i pomaga mu zgłębiać zmienne koleje ludzkiego losu (do książki dołączona jest płyta z utworami Mozarta, „muzyką kluczowych momentów”).
Przyjaciele „spotykają się” w przeddzień Wigilii. Pisarz miota się w amoku zakupów, z którego wyrywa go śpiew dobiegający z katedry. Brzmi "Ave verum corpus" w wykonaniu chóru starszych ludzi o twarzach pooranych słońcem i życiem. Wytrącony z samozadowolenia uświadamia sobie, że uspokaja własne sumienie prezentami dla bliskich, dla których w ciągu roku nie miał uważności ani czasu. W śpiewie słyszy „miłość ludzi do ludzi, ich zatroskanie z powodu naszej wrażliwej śmiertelnej kondycji", przeczucie królestwa poza religiami, w którym ludzie są braćmi w kruchości.
Towarzysząc bliskim i przyjaciołom umierającym na AIDS, bezsilny i niepewny, zwraca się do Mozarta o pomoc. Odpowiedzią jest Adagio z Koncertu klarnetowego A-dur, które słyszy pewnego dnia w taksówce, wracając z odwiedzin w szpitalu: "Smutną muzyką pocieszyłeś mnie w smutku. (...) Przebaczyłem sobie, że nie mogę rywalizować z naturą, kiedy ta nas niszczy, że za całą broń mam jedynie współczucie. Tego wieczoru przebaczyłem sobie, że jestem człowiekiem."
Eric-Emmanuel Schmitt patrzy na Mozarta duszą, przez pryzmat własnej emocjonalności i wrażliwości. Jest mu przyjacielem, kiedy po rozmowie z paleontologiem, który badał czaszkę kompozytora i opowiedział mu o katastrofalnym stanie jego uzębienia, z przejęciem rozmyśla: "Jak mogłeś pisać tak lekką, zwiewną, płynną i swobodną muzykę, mając ciało, które skowyczało, zęby, które tak Cię bolały? Czytając kilkakrotnie Twoją biografię, stwierdziłem, że wyczerpany podróżami i nadmierną aktywnością, miesiącami, a nawet latami walczyłeś z infekcjami, z bólami żołądka, jelit i nerek. Ale nie mówiłeś nic o zębach... Znów przychodzi mi do głowy myśl, która wypowiedziałeś w młodości: "Nie ma dnia, bym nie myślał o śmierci". Gdy pamiętać, jak wyniszczone było Twe ciało, wówczas radość ta nabiera właściwej wagi. Nie wynika ona bynajmniej z ignorancji, lecz z poznania, co to ból, z reakcji na cierpienie. To radość, która kwitnie na gnoju. Radość świadoma, zdecydowana. Ćwiczenie z radości."
Wspominając okres prawie dziesięcioletniego jednostronnego zerwania przyjaźni, kiedy jako student elitarnej École Normale Supérieure cierpiał na przerost intelektu i ślepe zaufanie do rozumu, pisarz dotyka istoty spłycania twórczości Mozarta: "Twe cnoty można obrócić przeciw Tobie i pełnego wdzięku Mozarta zredukować do małego Mozarta, uwodzenie zamienić w demagogię, prostotę w upraszczanie, w świetle widzieć wyłącznie błyskotkę, zaś w lekkości - powierzchowność. Wyrażasz się tak gwałtownie, że szkolny umysł może Cię nie usłyszeć, pozostać głuchy na Twą głębię, duchowy ciężar, Twą wyostrzoną wrażliwość na śmierć."
Wszystkim spotkaniom Mozarta i Schmitta w tle towarzyszy myśl, wyrażona w jednym z listów: „Muzyka odpowiada „tak” na pytanie, które nie zawsze zadajemy. (...) Muzyka koi nasz fundamentalny niepokój: co robimy na tej ziemi z naszym kruchym ciałem i ograniczoną myślą? Cała oddana celebracji istnienia muzyka odsuwa od nas poczucie nicości i przywraca życiu.”
PS. A tutaj swoje wrażenia z lektury opisuje PAK.

sobota, 19 lipca 2008

Zachwyt nad Bizetem


Na początek o jaskółce, która wiosnę czyni - pierwszej płycie Marca Minkowskiego i Les Musiciens du Louvre, wydanej przez francuską wytwórnię Naïve pod koniec marca tego roku (przez ostatnie kilkanaście lat Maestro nagrywał dla Deutsche Grammophon). Cztery wyjątki z "Carmen" i trzy różne suity z "Arlezjanki" Bizeta. To płyta, książka, przenośne muzeum i fabryczka południowego klimatu w jednym. Łatwo mylnie uznać, że mamy do czynienia z miniaturową, starannie wydaną książką (ma 120 stron!), bo krążek jest sprytnie ukryty za okładką.
Nawet gdyby zabrać ją ze sobą na wakacje a na miejscu miałoby się okazać, że nie mamy dostępu do odtwarzacza CD, nie będziemy się z nią nudzić. Możemy poczytać sobie po francusku, angielsku i niemiecku opowiadanie "Arlezjanka" A. Daudeta (wprawdzie o nieszczęśliwej miłości, ale za to rzecz dzieje się w Prowansji). Możemy też zapoznać się ze zgrabnymi zeznaniami M. Minkowskiego o trzech wersjach "Arlezjanki" z punktu widzenia wykonawcy, który zdecydował się nagrać wszystkie trzy. Lekturę uzupełnimy przystępną analizą muzykologiczną "Carmen" i "Arlezjanki" L. Wrighta i opowieścią o muzycznej Prowansji G. Condé. A gdyby wcale nie chciało nam się czytać, możemy wprawić się w południowy nastrój za pomocą ok. 20 kolorowych reprodukcji obrazów o tematyce prowansalskiej (m.in. Vincenta van Gogha i Paula Gauguina). Kiedy już się naczytamy i napatrzymy do syta a w pobliżu znajdzie się odtwarzacz, możemy po prostu włączyć płytę. Zabrzmi południowoeuropejski ogród ze wszystkimi odcieniami, które może wydobyć ze świata tamtejsze słońce. Carmen tańczy. Lekko. Jest jakby bardziej eteryczna niż jej się zdarza w ogrodach innych właścicieli. Mniej nachalna. Chce się na nią patrzeć. Dalej Arlezjanka. Potrójna, z całą paletą orkiestracji i odcieni emocjonalnych. Najbardziej bezradna a przez to rozczulająca w środkowej suicie. To Bizet, któremu Minkowski przyjrzał się uważnie i czule. "Cztery suity, cztery orkiestry, cztery palety, cztery narracje, dwie słoneczne tragedie, jeden kompozytor, którego bezkompromisowa prostota skrywa wiersz w każdym takcie." M. Minkowski.
Maestro powiedział w jednym z wywiadów: "płyta jest dla mnie nie tylko czymś do słuchania, ale również do oglądania i dotykania. To jest ślad – nie tylko mojej pracy, ale i mojej duszy." Mnie ten ślad przypadł do serca za całokształt. I czekam na kolejne płyty z krainy synestezji, skąpane w oparach duszy.